Nie jestem specem od graffiti, ale jak zauważyłem w Polsce
istnieje coś takiego jak „sezon” na kolorowanie ścian. Trwa on gdzieś od
początku wiosny do końca jesieni, gdy można jeszcze złapać suche murki, a śnieg
nie zasypuje bohomazów ulicznych artystów. W Hiszpanii praktycznie od stycznia
do stycznia ściany czekają na śmiałków z farbami, niczym w micie XXI wieku, gdzie diler czatuje na dzieci wychodzące z liceum, gimnazjów bądź przedszkoli. Co widać
szczególnie w biedniejszych dzielnicach gdzie fallustyczne kształty wiją się
miedzy niezrozumiałymi napisami, co ważne ( bo o tym będzie ten tekst) równie
wiele farby wykorzystuje się w zupełnie innym celu.